Uwielbiam krzyżówki z przymróżeniem oka

Takie, co to odgadywane hasło nie jest wprost; nad którym trzeba troche pogłówkować. Jak to mówią tutaj: wyjść poza pudełko. Bo pudełko ogranicza; mentalnie, fizycznie, w ogóle jakoś tak uwiera.

Za dziecka spędzałem godziny w pudełku. Mama przynieśli takowe z pracy, karton zwykły, prosty sześcian z moimi zabawkami. Jak jeszcze się do niego mieściłem, to spędzałem w nim długi czas. W pudle niby. Z moimi indiańskimi pióropuszami, kowbojskimi pistoletami, autkami, pociągami, klockami z drewna i całym innym dobrodziejstwem wczesno-gierkowego świata dziecięcego.

Do późnych lat średniego już wieku wysłuchiwalem od Ojca - świeć Panie blablabla - jak to Maciuś w pudle znikał i to był cały jego świat. Boście mnie tam, kurna, wsadzali, żeby mieć spokój. Ot tyle. Teraz to i odszczekać mogę, bo Tatusia ani Mamusi już nie ma; świadkowie owych in-boxowych przygód w związku z tym w deficycie. 

Wychodzę Ci ja z pudełka, wychodzę, codziennie. Niesztampowo myślę, działam, kombinuję. Tak mam od małego. Od tego czasu, gdym się mieścił do pokawowego pudła ze zbożowej nibykawy Inki. Zawsze po swojemu...

I tak mi zostało, dlatego lubię te przymróżeniowo-oczne krzyżówki, zwłaszcza te z tygodnika, co mu kiedyś nazwę zabrali i kazali N zaraz za pierwszą literą wsadzić, by sie nie kojarzyło z rynkiem w starożytnej Grecji ani z innym powszechnie znanym wydawnictwem, hehe, eh, ci magnaci prasowi, spierać się o nazwę i literki dodawać.

Wkraczam tu na ten salon, jeden z tysięcy lwów, choć nie z tego trygonu zodiakalnego zupełnie (o ile w to wierzyć), wchodzę; to taki mój Rubikon, choć ani ja do Rzymu nie idę (bom już tam był z 200 razy) ani żaden Juliusz Cezar ze mnie, no i daleko Rubikonowi do Tamizy czy choćby mojej rodzinnej, przyopolskiej Odry.

Rubikon - kolejne krzyżówkowe hasło, obszczekany quasi symbol.

Nic to, przekroczyłem, nóg nie mocząc ani nogawek nie podciągając

Drugi brzeg juz widać